piątek, 30 czerwca 2017

Laboratorium w szufladzie – Chemia


Edukacja i poznawanie rozpoczyna się od emocji. To one decydują czy słuchamy i jakie treści do nas docierają. Jak wzbudzać pozytywne emocje w edukacji? Jest na to wiele sposobów. Porady można szukać w podręcznikach, takich jak cykl książek „Laboratorium w szufladzie”. Po biologii pora na kolejną prezentację, tym razem chemiczną.

W czasie deszczu dzieci się nudzą, zwłaszcza w wakacje. A mężczyzna w kuchni sieje spustoszenie. Jak te groźne żywioły można okiełznać? Za pomocą edukacji pozaformalnej. Czyste poznawanie dla przyjemności, bez zeszytów, klas i ocen. Tak można na wakacjach albo na kółku chemicznym czy rodzinnych zabawach.

Wakacyjne eksperymentowanie może usprawiedliwić i uzasadnić obecność mężczyzny w kuchni. Jako troskliwego edukacyjnie ojca, wujka, sąsiada itd., pokazującego i wspólnie odkrywającego z dziećmi tajemnice chemii. Do takiej edukacji pozaformalnej polecam książkę „Laboratorium w szufladzie – chemia” autorstwa Angeliki Gumkowskiej, a wydaną w 2015 roku przez Wyd. PWN.

Na początku jest sporo informacji o bezpieczeństwie i praktycznych uwag co do wyposażenia swojego, domowego laboratorium. Ćwiczenia (eksperymenty) podzielone są ze względu na stopień trudności: te dla początkujących, te dla średnio zaawansowanych i te dla zaawansowanych chemicznych doświadczalników. Właśnie w tym ostatnim przypadku wskazana byłaby obecność i asysta osoby dorosłej. Ale przecież i dorośli są ciekawi świata i chemicznych eksperymentów. Własne (lub sąsiadów) dziecko może być doskonałym alibi… dla „starego konia” co się bawi w eksperymentowanie w kuchni. A kiedy chemia w kuchni nieco wciągnie, można sięgnąć po inne książki, dotyczące np. ewolucji człowieka i tego jak gotowanie stworzyło ludzkość. Tysiące lat eksperymentowania by trujące nie było szkodliwe i by niezjadliwe było smaczne.

Książka wydana w półmiękkiej, wygodnej oprawie, bogato ilustrowana, opisująca nie tylko eksperymenty (jak wykonać i zdobyć materiały) ale także objaśniająca obserwowane zjawiska. Bo w prawdziwej nauce nie chodzi i wybuchy i efekt „wow” lecz zaciekawienie i zmotywowanie do głębszego poznawania.

Wróćmy do emocji. Strach i sensacje znakomicie pobudzają emocje. Zacznijmy więc od groźnej chemii. We współczesnym świecie czyha na nas wiele, zupełnie nowych niebezpieczeństw. Zgodnie z przysłowiem strach ma wielkie oczy. Jednym ze źródeł naszych niepokojów jest chemia. To słowo klucz na różnego rodzaju związki chemiczne, obecne w naszym otoczeniu, szkodliwie oddziaływujących na nasze zdrowie.

Bo na przykład, taki monotlenek diwodoru, DHMO (skrót od angielskich słów dihydrogen monoxide) znany także pod nazwą „kwas hydrohydroksylowy”. Wspomniany związek chemiczny odpowiedzialny jest za erozję gruntów, niszczenie zabytków, przyspieszanie korozji metali. Ma także duży udział w efekcie cieplarnianym (ocieplenie klimatu Ziemi). Monotlenek diwodoru jest głównym składnik kwaśnych deszczów oraz wielu niebezpiecznych odpadów przemysłowych. Groźny jest dla człowieka - przypadkowe dostanie się do płuc nawet niewielkich ilości tej substancji w stanie ciekłym może doprowadzić do śmierci. Natomiast w formie gazowej powoduje poważne oparzenia ciała. Przedłużony kontakt DHMO w postaci stałej powoduje rozlegle zniszczenia tkanek. Związek ten został wielokrotnie wykryty w tkankach nowotworowych u wielu pacjentów. Co roku doprowadza do setek tysięcy zgonów. Nic, tylko samo zło. Dlatego tworzono petycje, aby sprzeciwić się wykorzystywaniu DHMO. Pomimo zagrożeń, DHMO jest wciąż używany jako rozpuszczalnik i czynnik chłodniczy w przemyśle, w reaktorach jądrowych, w produkcji pianek z tworzyw sztucznych, jako opóźniacz zapłonu na wiele sposobów podczas okrutnych doświadczeń na zwierzętach.

Monotlenek diwodoru jest bezbarwny, bezwonny, nie ma smaku i zabija corocznie tysiące ludzi. Objawy spożycia DHMO mogą obejmować nadmierne pocenie się, zwiększenie ilości oddawanego moczu, a nawet zaburzenia samopoczucia, nudności, wymioty i zaburzenia równowagi elektrolitycznej organizmu. We współczesnym świecie jesteśmy otoczeni przez DHMO. Można powiedzieć że nasza cywilizacja jest od tego związku chemicznego uzależniona. Jednocześnie pozbawienie dostępu do DHMO oznacza …. pewną śmierć już po kilku dniach. Dlaczego wiec się o tym milczy i trzyma w tajemnicy?

Ta groźna chemia, znajdująca się w szufladzie i w kuchni. Bać się? Ale na strach nie pomoże czerwona wstążka (zabezpieczenie przed rzuceniem uroku), lecz solidna wiedza. Na przykład wiedza chemiczna. Bo przecież cała otaczająca nas materia to jakieś związki chemiczne. Monotlenek diwodoru to poprawna nomenklaturowo nazwa wody (H2O). Osoba z elementarną wiedza chemiczną od razu rozszyfruje tajemniczą nazwę. Wszystkie zagrożenia wyżej spisane, rzeczywiście wiążą się z woda… bp przecież utopienie się w morzu, rzece czy jeziorze polega na dostaniu się wody w stanie ciekłym do płuc. Gorąca para wodna może spowodować poparzenie itd.

Wiedza pozwala zrozumieć kontekst i poprawnie zrozumieć nawet sensacyjnie podane informacje, że monotlenek diwodoru wykorzystywany jest w reaktorach jądrowych. Do chłodzenia. A czyż powszechnie docierające do nas teorie spiskowe nie opierają się na niewiedzy? Emocje w zestawieniu z półprawdami lub niezrozumiałymi prawdami tworzą mieszankę wybuchowa.

Monotlenek diwodoru brzmi groźnie, ale woda już nie. Nie trzeba wracać do szkoły by uzupełnić swoją wiedzę. Można eksperymentować samemu, w domu. Wykorzystując wszystko to co jest w kuchni. Wspaniały pomysł na rodzinne eksperymentowanie i poznawanie chemicznego świata wokół nas.

Omawiana książka zaczyna się wstępem, dowcipnie nawiązującym do DHMO. I my podobnie możemy zacząć poznawać chemiczny świat, nawet i w czasie wakacji. Zwłaszcza gdy za oknem pada deszcz. W opisywanej książce są różne doświadczenia, dotyczące wody. Są i kolorowe eksperymenty, domowa chromatografia, alchemiczne złoto, polimery, zabawy ze styropianem, wywoływanie rdzewienia, czyszczenie srebra, domowe wytwarzanie mydła czy ogniwa galwaniczne.

Stanisław Czachorowski


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz